Łukasz Gołębiewski w swojej najnowszej powieści opisuje świat, z jakim zapoznał nas przy okazji swoich dwóch poprzednich książek. Świat alkoholików, ludzi bez nadziei, połączonych brudnymi więziami i miłością, głównie do alkoholu. Co ciekawe, „Disorder i ja” jest niejako pamiętnikiem menela, a nie tradycyjną fabularyzowaną powieścią.
Gołębiewski w swej nowej pozycji pisze o wszystkim i o niczym, lecz robi to w sposób atrakcyjny i wciągający. „Disorder i ja” to ciąg wspomnień anonimowego alkoholika, czasem smutnych, czasem zabawnych. Ot codzienność młodego żulika – pasmo pijackich rozrób, nietypowych spotkań, przygód, o których nie pamięta się kolejnego poranka wypełnionego brutalnym kacem. Historia bez wyraźnego początku ani satysfakcjonującego końca. Jest to także opis nędznego życia bez podawania gotowych odpowiedzi i recept na szczęście. Opis pozbawiony zbędnego moralizowania.
Co ciekawe, bohater popija z Disorderem, a taki pseudonim ma w rzeczywistości autor książki. Nie wydaje mi się jednak, aby była to jakaś zakamuflowana autobiografia. Jest to raczej czarny scenariusz własnego życia lub zwykłe pijackie fantasy.
„Disorder i ja” to powieść krótka, prosta i szczera. Przede wszystkim jednak wciągająca i napisana barwnym językiem. Niby nie opowiada o niczym konkretnym, ale nie wydaje mi się, aby cokolwiek znalazło się w niej przypadkiem.
Zastanawia mnie tylko, jaka będzie kolejna powieść Łukasza Gołębiewskiego. W jednym z wywiadów zdradził, że będzie pozbawiona alkoholu i degeneratów. Lecz czy uda się do końca zerwać z charakterystycznym stylem?